przypadkiem nie będziemy się zajmować). .
- Nie jestem chory, nie mam czasu na chorobę. Muszę przepiłować te sztaby i nie zachoruję. Zabrał się do piłowania. Kwadrans na jedenastą... wpół do jedenastej... trzy kwadranse... Piłuje i piłuje *bez wytchnienia, a każdy zgrzyt piłki zdaje się rozdzierać mu ciało i mózg. - Ciekaw jestem, co wpierw przepiłuję - zaśmiał się sucho - siebie czy kratę? - Zaciął zęby i dalej piłował. Wpół do dwunastej. Ciągle jeszcze piłuje, mimo że ręka, zdrętwiała i nabrzmiała potwornie, zaledwie już zdoła utrzymać piłkę. Nie, nie wolno odpocząć; jeśli raz zaprzestanie tej okropnej roboty, nie będzie już miał sił zabrać się do niej ponownie. Strażnik poruszył się za drzwiami, a lufa karabinu zadzwoniła o okienko. Szerszeń przerwał i rozejrzał się trzymając jeszcze piłkę w podniesionej ręce. Czy dostrzegli? Mała kulka wleciała przez okienko i upadła na podłogę. Odłożył piłkę i schylił się, aby podjąć krągły przedmiot. Był to zwinięty świstek papieru. Jakaż to daleka droga zstępować i zstępować coraz niżej, gdy czarne bałwany mkną wokół niego... i szumią. i huczą!... Ach tak! Schylił się przecież tylko, by podjąć papier. Ma lekki zawrót głowy, bardzo wielu ludzi dostaje zawrotu, gdy się schylają. Nic mu nie jest, nic zgoła. Podniósł papier, podszedł do światła i rozwinął powoli. Przyjdźcie dziś za wszelką cenę, jutro Świerszcz zostanie stąd przeniesiony. To jedyna nasza sposobność. Zniszczył papier tak samo jak poprzedni i znów się zabrał do roboty, z niemym uporem i rozpaczą. Pierwsza. Pracuje już trzy godziny i przepiłował sześć sztab. Jeszcze dwie, potem wspiąć się... Zaczął sobie przypominać, jak przychodziły dawniej. te straszne ataki. Ostatni był w -Nowy Rok; wzdrygnął się na wspomnienie owych pięciu nocy. Ale wówczas nie zjawił się tak nagle; nigdy w ogóle nie spadało to nań tak nagle. Opuścił piłkę i wzniósł do góry obydwie ręce w ślepej rozpaczy, modląc się po raz pierwszy od chwili odrzucenia wiary - modląc się do czegokolwiek... do niczego... do wszystkiego.... - Sygnał jest jeszcze silniejszy! - powiedział Decker. - Zwolnij. On może być w którymś z tych samochodów przed nami. - Rozciął sznurek na drugim nadgarstku. Krew spłynęła mu do dłoni i palce stały się trochę zręczniejsze. Mógł teraz mocniej i szybciej ciąć pęta wokół kostek. Mimo gorącego powietrza, płynącego z dmuchawy samochodu, Decker nadal się trząsł. Męczyły go niespokojne myśli. A jeśli McKittrick już zabił Beth? Albo domyśli się, że jest śledzony, odkryje nadajnik i go wyrzuci? Nie! Przecież nie mogłem przejść przez to wszystko na próżno! Beth musi żyć.. . - Przestań! - wykrztusiła, niemal wybuchając łkaniem. Podniósł oczy i znów ją ujął za rękę. - Cicho już, cicho! Bądźmy chwilę spokojni. Gdy jedno z nas umrze, drugie ma o tej chwili pamiętać. Zapomnimy o tym świecie głupim, natarczywym, co nam rozdziera uszy; odejdziemy razem ręka w rękę; odejdziemy w tajne przybytki śmierci i spoczniemy wśród czerwonych maków. Cicho! Bądźmy całkiem cicho. Oparł głowę o jej kolana i jej dłonią zasłonił sobie twarz. Pochyliła się nad nim w milczeniu, kładąc drugą rękę na jego ciemnych włosach. Tak mijał czas, a żadne nie poruszyło się i nie rzekło słowa. - Drogi, północ dochodzi - rzekła nareszcie. Podniósł głowę. - Pozostaje nam tylko pięć minut czasu, zaraz przyjdzie Martini. Może się już nie zobaczymy nigdy. Czy nie masz mi nic do powiedzenia? Podniósł się powoli i przeszedł w drugi kąt pokoju. Nastąpiła chwila milczenia.. Jakim żył, coraz mocniejszym kołem zaciskało mu duszę zniechęcenie i niemoc.. To już forbeit, na ziemi!. Co mówi prostak?. Rządzące światem. Byłoby tak, gdybyśmy je uważali za wydarzenia,.